Pyrrusowe zwycięstwo

Tygodnika Przegląd science
Pyrrusowe zwycięstwo
Wynik wyborów w 2001 r. dawał liderom lewicy powody do zadowolenia, ale nie zdołał przesłonić rozczarowania Za symboliczny początek XXI w. w światowej polityce uznać można 11 września 2001 r. – dzień największych w historii zamachów terrorystycznych w USA. Natomiast polska polityka swoją nową epokę rozpoczęła 23 września 2001 r. – w dniu wyborów parlamentarnych, które wyłoniły Sejm IV kadencji i Senat V kadencji. To miały być zwyczajne wybory, w których władza mierzy się z opozycją. Okazało się jednak, że ówczesna władza, czyli koalicja Akcji Wyborczej Solidarność i Unii Wolności, rządząca Polską od 1997 r. (UW w połowie 2000 r. wyszła z rządu, lecz faktycznie nadal go wspierała), została w tych wyborach znokautowana. Nigdy wcześniej ani nigdy później nie zdarzyło się bowiem, by partie rządzące w ogóle nie weszły do następnego Sejmu. Tymczasem Unia zdobyła zaledwie 3,1% głosów i po raz pierwszy nie przekroczyła pięcioprocentowego progu. AWS wprawdzie dostała 5,6%, ale ponieważ startowała jako koalicja, sporo jej zabrakło do pokonania progu ośmioprocentowego. Porównanie tych wyników z rezultatami wyborów z 1997 r. (AWS prawie 34%, UW ponad 13%) dobitnie ilustruje skalę klęski i społecznej kompromitacji postsolidarnościowej władzy, która przez cztery lata zmieniała Polskę – jak twierdziła – na lepsze. Polacy zresztą wyraźnie odrzucili tę władzę już wcześniej, wybierając w 2000 r. Aleksandra Kwaśniewskiego na drugą kadencję prezydencką niepobitym do dziś wynikiem prawie 54% w pierwszej turze, podczas gdy kandydaci prawicowi – z liderem AWS Marianem Krzaklewskim na czele – nawet nie otarli się o szansę na drugą turę. Warto o tym pamiętać także dziś, gdy próbuje się budować legendę AWS-owskiego premiera Jerzego Buzka (np. poprzez hagiograficzny film dokumentalny zrealizowany niedawno przez TVP). Buzek wraz ze swoim protektorem Krzaklewskim ćwierć wieku temu ponieśli najbardziej spektakularną klęskę w dziejach III RP, tracąc nie tylko władzę, lecz i miejsce na scenie politycznej. Co prawda, Buzek powrócił po kilku latach jako śląski europoseł PO i przez dwie dekady godnie reprezentował Polskę w Brukseli (przez dwa i pół roku był nawet przewodniczącym Parlamentu Europejskiego), ale polityka jego rządu została przez społeczeństwo oceniona jednoznacznie. Postsolidarnościowe elity, które dominowały w Sejmie III kadencji, od dawna zresztą zdawały sobie sprawę z nadchodzącej porażki, choć z pewnością nie przewidywały jej skali. Dlatego w kwietniu 2001 r., pięć miesięcy przed wyborami, dokonały bezprecedensowej zmiany ordynacji wyborczej. W miejsce dotychczasowej metody przeliczania głosów na mandaty poselskie, tzw. metody D’Hondta, wprowadzono nową, metodę Sainte-Laguë, która pomniejszała premię dla zwycięzcy. Zniesiono też partyjne listy krajowe, rozdzielając wszystkie 460 mandatów na 41 okręgów i dostosowując ich podział do nowych województw. Wprowadzono również finansowanie partii politycznych z budżetu państwa, proporcjonalnie do ich wyników wyborczych, a także ścisłe rozliczanie wydatków na kampanię, co miało ukrócić praktyki korupcyjne w polskiej polityce. I właśnie ze względu na te zapisy prezydent Kwaśniewski nie zdecydował się zawetować całej ustawy, mimo że usilnie namawiali go do tego liderzy SLD. Tak, Polska miała wtedy prezydenta, który potrafił podpisywać ustawy nawet niekorzystne dla jego obozu politycznego, ale przynajmniej częściowo pożyteczne dla państwa. Karol Nawrocki nigdy tego nie zrozumie. Koalicja IPN Nową ordynację przeforsowały wspólnie AWS, UW i PSL, czyli ta sama nieformalna koalicja, która w poprzednich latach wprowadziła do polskiego systemu prawnego lustrację i utworzyła Instytut Pamięci Narodowej. Te trzy ugrupowania łączyła wówczas niechęć do lewicy i obawa przed jej powrotem do władzy, na co wyraźnie wskazywały wszystkie sondaże. Bo właśnie SLD pod wodzą Leszka Millera, który w 1999 r. zjednoczył wielobarwną lewicową koalicję w jednolitą partię, stał się dla dużej części Polaków realną alternatywą dla rządów AWS-UW. Tym bardziej że Miller nadzwyczaj profesjonalnie potraktował możliwość powrotu do władzy, nie kryjąc, że po wygranych wyborach chce zostać szefem rządu. Nigdy wcześniej żaden partyjny lider nie miał takiej odwagi, dlatego lista polskich premierów z lat 90. składa się z postaci tyleż przypadkowych, co drugoplanowych i zupełnie nie odzwierciedla prawdziwych hierarchii politycznych tamtego czasu (prezesem partii był jedynie Waldemar Pawlak, premier z lat 1993-1995, stał jednak na czele PSL, które było słabszym partnerem w koalicji z SLD). Co więcej, w reakcji na zamachy terrorystyczne z 11 września Miller ogłosił obsadę kluczowych stanowisk w przyszłym rządzie, zwłaszcza tych związanych z bezpieczeństwem państwa. Dla wyborców było więc jasne, że ministrem obrony zostanie Jerzy Szmajdziński, szefem dyplomacji Włodzimierz Cimoszewicz, ministrem spraw wewnętrznych i administracji Krzysztof Janik, a ministrem finansów Marek Belka. Ten ostatni trzy dni przed wyborami pozwolił sobie na szczerość dotyczącą potrzeby oszczędności budżetowych i wprowadzenia podatku od zysków z lokat bankowych, co zdaniem wielu komentatorów – i samego Millera Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową. Post Pyrrusowe zwycięstwo pojawił się poraz pierwszy w Przegląd.

Podobne artykuły