Tabletki wielkiego ryzyka

Tygodnika Przegląd health
Tabletki wielkiego ryzyka
Ciemna strona rynku suplementów diety Są legalne. Sprzedawane bez recepty w aptekach, sklepach i supermarketach. Często z napisem „naturalny” na opakowaniu. I z potencjałem wysłania nas do szpitala. Co naprawdę kryje się w kapsułkach, których rocznie łykamy za kwotę mniej więcej 7 mld zł? Często zaczyna się niewinnie: najpierw mdłości, potem wymioty i ból brzucha. Później człowiek zaczyna się gubić, plątać, nie wie, gdzie jest. Wynik badań? Najczęściej za dużo wapnia we krwi i ostre uszkodzenie nerek. Wszystko przez coś, co miało wzmacniać odporność, czyli np. solidną dawkę witaminy D, kupionej bez recepty albo przez internet. Większość pacjentów po leczeniu z tego wychodzi. Ale nie wszyscy. U części nerki nigdy nie wrócą do pełnej formy. Leżą obok słonych paluszków A przecież nie mówimy tu o narkotykach kupionych w nocnym klubie od dilera czy od anonimowego dostawy w darknecie, to historia produktu spożywczego ze sklepowej półki, takiego, który znajdziemy obok szamponu i herbaty. Który był reklamowany przez celebrytów w internecie, radiu i telewizji. Paradoksalnie najgroźniejsze w suplementach diety jest to, że są zupełnie legalne – a my przywykliśmy traktować je jak cukierki. W świetle prawa bowiem suplement diety to nie lekarstwo, lecz... jedzenie! Formalnie jest więc czymś takim jak batonik, jogurt albo słone paluszki. Powszechnie wiadomo, że zanim lek trafi do szpitala lub apteki, przechodzi serię niezwykle kosztownych badań, które mają sprawdzić, czy jest bezpieczny. A suplement diety? Wystarczy, że przy pierwszym wprowadzeniu na rynek przedsiębiorca złoży do Głównego Inspektora Sanitarnego powiadomienie, w którym poda nazwę, producenta, postać, skład, wzór oznakowania w języku polskim i kwalifikację produktu. Nie jest to równoznaczne z uprzednią oceną skuteczności i bezpieczeństwa analogiczną do procedury, jaką przechodzą leki. Rejestr GIS odnotowuje tylko fakt pojawienia się nowego produktu i jego status. Najwyższa Izba Kontroli zajmowała się rynkiem suplementów dwukrotnie – w roku 2017 i 2022. Z opublikowanego 18 stycznia 2022 r. raportu „Wprowadzenie do obrotu suplementów diety” wynika, że w latach 2017-2020 do Głównego Inspektora Sanitarnego wpłynęło 62 808 zgłoszeń nowych produktów. Do maja 2021 r. przeanalizowano... 6825 zgłoszeń. Czyli ok. 11%. Kto się tym zajmował? Maksymalnie siedmiu urzędników. Wypadało po ok. 300 zgłoszeń miesięcznie na głowę. Rok 2020 przyniósł 24,7 tys. zgłoszeń – o 70% więcej niż rok wcześniej. W trakcie kontroli inspektorzy NIK znaleźli sprawy ciągnące się od ponad ośmiu lat do prawie 14. Przez ten czas produkt spokojnie leżał sobie w sklepach na półce. Czy te informacje oznaczają, że pozostałe 89% suplementów to trucizna? Oczywiście, że nie! To znaczy tylko tyle, że nikt tego nie wie. I w tym tkwi sedno problemu. Kontrole jednak są. W 2022 r. laboratoria sanepidu przebadały 3657 próbek suplementów diety. Wśród zdyskwalifikowanych aż 84,68% miało błędy w oznakowaniu. Z kolei w serii 200 przebadanych próbek w siedmiu znaleziono substancje, których producent w ogóle nie zadeklarował Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową. Post Tabletki wielkiego ryzyka pojawił się poraz pierwszy w Przegląd .